| Trudno uwierzyć, że jeszcze stosunkowo niedawno, bo przed paroma dekadami, Liban nazywano "Szwajcarią Bliskiego Wschodu". Oazą spokoju w niespokojnym, wstrząsanym konfliktami rejonie świata, krajem bogatym, dorównującym poziomem życia państwom zachodniej Europy, tolerancyjnym. "Wojna sześciodniowa" 1968 roku i jej następstwa dramatycznie zmieniły sytuację. Do Libanu ściągnęli palestyńscy uciekinierzy z Jordanii. Wybuchły walki między zwalczającymi się frakcjami chrześcijan i muzułmanów. Kraj stanął w ogniu. Syryjska interwencja na krótko uspokoiła sytuację. Do byłej bliskowschodniej "Szwajcarii" wkroczyły wojska Izraela.
Brytyjscy dokumentaliści przybyli do znękanej latami długotrwałą wojną domową krainy na spotkanie z Hezbollahem. Tajemniczą, lecz wciąż krwawo poświadczającą swą obecność w Iraku muzułmańską Partią Boga. Pozwolono im sfilmować Aszurę, uroczystość opłakiwania imama Huseina ibn Alego, wnuka Mahometa, zabitego przed ponad 1200 laty w bitwie pod Karbalą. Zachodni przybysze muszą zachować ostrożność. Nienawidzący szyitów równie mocno jak Izraela i Ameryki sunnici zwykli detonować bomby wśród rozmodlonych tłumów. Przywódców Partii Boga tropią równie zawzięcie Izraelczycy. Niejeden z nich już zginął od wystrzelonego z samolotu lub helikoptera kierowanego pocisku.
|